NAJAZD


   Od kilku dni przebywałem w gospodarstwie agroturystycznym w pewnym zakątku Mazur u zaprzyjaźnionych gospodarzy - pani Uli i jej męża.
Było wczesne lato, bardzo słoneczne i ciepłe. Tego roku okoliczna roślinność przeszła samą siebie, porastając wszystko w stopniu obfitym i mocno splątanym. Miało to oczywiście swoje dobre strony, bo wśród tego zielska obrodziły także maliny, jeżyny, jagody i poziomki. I były bardzo duże i słodkie.
   Wróciłem właśnie z wyprawy rowerowej, wypchany wspomnianymi owocami i potwornie zmęczony, bowiem cała okolica była gęsto pofałdowana pagórkami, a każda droga sprowadzała się do zdobywania kolejnych, coraz bardziej złośliwych szczytów. Ja, jak na złość, zupełnie odwykłem od sportów wyczynowych i teraz konałem na kanapie w salonie, marząc żeby nikt niczego ode mnie nie chciał i najlepiej dał mi święty spokój. I właśnie w tym momencie do pokoju weszła pani Ula.
Była to szczupła blondynka po pięćdziesiątce, bardzo wesoła, bardzo towarzyska i cholernie nieobliczalna. Stale twierdziła, że 90% spraw rozwiązuje się sama, więc nie ma  sensu zawracać sobie nimi głowy. I faktycznie swój pogląd stosowała namiętnie w praktyce, ciesząc się życiem, przyjmując licznych gości, nie martwiąc się niczym i nikim więcej niż było trzeba. Ciężko ją było wyprowadzić z równowagi (czego nawet nie próbowałem), bowiem w przeważającej większości przypadków wzruszała tylko ramionami, twierdząc spokojnie, że co ma być to będzie, i znikając beztrosko gdzieś w zakamarkach domu.
Z tego też powodu, wyraz jej twarzy gdy weszła do salonu trochę mnie zaskoczył. Była zamyślona i wyraźnie czymś strapiona.
   - Coś się stało? - zapytałem szybko.
   Gospodyni spojrzała na mnie zamyślona i odparła trochę bez sensu:
   - O, wróciłeś...
   - Ano - odpowiedziałem krótko i zmarszczyłem czoło.
   - Jadłeś maliny... - bardziej stwierdziła niż spytała, po czym rozejrzała się szybko dookoła i usiadła na kanapie na przeciwko mnie i powiedziała:
   - Nie wiem jak się JEJ pozbyć.
   Choć nie padło żadne imię, od razu wiedziałem kogo ma na myśli. Pani Ula przyjmowała non stop najróżniejszych gości i nikomu nigdy nie wymawiała noclegu. Przyjmowała wszystkich jak leci bo zwyczajnie odpowiadało jej liczne towarzystwo. Lubiła poznawać nowych ludzi w ilościach obojętnych, a starych zawsze witała u siebie jak członków własnej rodziny. Ale był jeden wyjątek. Wśród znajomych mojej gospodyni była pewna kobieta po czterdziestce, o długich, blond włosach (farbowanych), naciągniętej twarzy, rozbieganych, niebieskich oczach, talii osy (okupionej codziennymi ćwiczeniami jogi) i długich zgrabnych nogach - to jedyne miała rzeczywiście godne uwagi. Po raz pierwszy pojawiła się u pani Uli przed dwoma laty i od tego czasu upodobała sobie coroczne wizyty w jej domu. Postać bezdennie głupia, bezustannie wprawiająca wszystkich w zakłopotanie. Za jej plecami określiliśmy ją mianem Półkanadyjki, bo choć wyprodukowana w kraju to o dalszy swój rozwój dbała w miejscu swojego stałego zamieszkania, czyli w Kanadzie, w czym nawiasem mówiąc odwalała fuszerkę. W każdym razie jej niecodzienna osobowość działała na panią Ulę jak przysłowiowa płachta na byka.
   - W czwartek przyjeżdża dwadzieścia osób i muszę się JEJ jakoś pozbyć - ciągnęła gospodyni. - Nie sądziłam, że ONA zostanie tu tak długo, to już prawie dwa tygodnie. Czego ONA tu szuka? Wychodzi z domu raptem raz na dwa dni, a i wtedy tylko jedzie gdzieś samochodem. Nic nie zwiedza, nic nie ogląda, leży tylko w swoim pokoju z nogami w górze. Jogę może przecież ćwiczyć u siebie. Próbowałam różnych aluzji, ale wiesz jak one do niej trafiają...
   - Jak kura w płot - odparłem. Pani Ula spojrzała na mnie zdziwiona.
   - Mówisz o tej, którą ja niechcący...
   - Nie, nie, tak tylko mi się wymsknęło - odparłem szybko, po czym zapytałem zaintrygowany:
   - A co pani tej kurze zrobiła?
   - A nic takiego - odparła tajemniczo i urwała szybko temat.
   Przypomniałem sobie o co miałem zapytać.
   - Dwadzieścia osób?
   - Aaa tak, nie mówiłam ci? Widać zapomniałam. Oni nie zostaną na długo - najwyżej dwa dni.
   - Przeniosę się na kanapę - zaproponowałem.
   - Mógłbyś? - ucieszyła się pani Ula. - Co prawda oni raczej i tak nie będą prawie wcale spali, ale nigdy nic nie wiadomo. Problem stanowi ONA. Zajmuje sama cały trzyosobowy pokój z łazienką. Nie przewidziałam, że zostanie tu tyle czasu. Muszę się JEJ jakoś do jutra pozbyć.
   Pani Ula bowiem nigdy nie wyrzucała swoich gości, a Półkanadyjka jakby nie patrzeć do nich należała. Zostały więc tylko fortele.
   - Możemy zaproponować jej atrakcyjny pobyt w namiocie na łonie natury. Spanie w śpiworze. W końcu przyjechała tu żeby zaznać czegoś nowego.
   - A wiesz, znalazłam ostanio stare śpiwory wojskowe Ryśka.
   - Te z klapą, co leżały na moim łóżku?
   - Z jaką klapą? - pani Ula spojrzała na mnie zdziwiona.
   - No, one mają taką odpinaną klapę z tyłu, żeby można się było, za przeproszeniem, wysrać.
   - Serio?! - ucieszyła się pani Ula. - To będzie dla NIEJ jak znalazł.
   - ???
   - Przynajmniej nie zmarznie. Nawóz nieźle grzeje w nocy - stwierdziła.


(Rybki na zimno, fragment)


HOLIC / 2010-05-19
.... skomentuj (3)


OTCHŁAŃ
  

   Wąska ścieżka, prawie niewidoczna
od strony asfaltowego traktu, opadała lekko w dół, lawirując pomiędzy licznymi, wystającymi z ziemi kamieniami, by na koniec zniknąć gdzieś pośród gęstego, zielonego lasku. Z oddali dobiegał szum wody. Po chwili, pomiędzy starymi drzewami ukazała się wąska, za to bardzo bystra i mocno spieniona rzeka, a zaraz przy jej lewym brzegu, przytulona do skał i zawieszona ponad jej rwącymi wodami, stała niewielka murowana chatka. Wyglądała nędznie. Jej krzywe ściany z glinianych cegieł, porządnie objedzone przez czas, skruszone i pokryte wiekowym kurzem, nie zachęcały podróżnych do odwiedzin. Przynajmniej większości podróżnych...
    
Drzwi do chatki stały otworem. Ze środka, w regularnych odstępach czasu, dobiegało stłumione, nieco piskliwe zawodzenie:
   
SKRZYYYP,
       
SKRZYYYP,
           
SKRZYYYP...
   
Krok za krokiem, z ciemności, zaczęło wyłaniać się malutkie, brudne i mocno sfatygowane wnętrze. Tajemnicze dźwięki dochodziły z centralnej części pomieszczenia. Tam, bardzo wolno i mozolnie obracały się, piszcząc przy tym żałośnie, masywne, kamienne żarna. Całość wprawiona w ruch przez wielkie, drewniane koło popychane rwącym nurtem płynącej pod chatką rzeki.
   
Był to młyn. Jednak stary młyn, choć wyglądał jakby przeniesiono go tutaj wprost z minionych wieków, nie był nawet w połowie tak niezwykły jak miejsce, w którym został zbudowany. Parę kroków od niego przyciągała wzrok niezwykła i fascynująca... p u s t k a.
W tym miejscu świat nagle się urywał. Była tylko długa i wyraźnie zarysowana krawędź, przez którą rozpędzone strumienie wody wpadały wprost do wielkiej otchłani... (...)
   

   - On mieszka gdzieś tam w dole? - odezwał się lekko roztrzęsiony głos, wskazując brodą na przepaść. Właściciel tego głosu miał bowiem drobną przypadłość w postaci lęku wysokości. Stał więc dwa metry od brzegu rozpadliny i starał się raczej patrzeć dalej niż bliżej i koniecznie nie w to co pod nim.
   - Tak, podobno właśnie tam mieszka - padła cholernie entuzjastyczna odpowiedź. - Zejdźmy w końcu go poszukać! Już nie mogę się doczekać!

   - Tak, zdecydowanie, im niżej tym lepiej...  

   Najlepsze wspomnienia są z miejsc, do których podąża się nieznaną ścieżką...



(fragment większej całości)


HOLIC / 2010-04-27
.... skomentuj (2)








statystyka